Podziękowania dla pandemii

Ja generalnie uważam się na nudną osobę. Znaczy się – mam o sobie takie myśli automatyczne. Zawsze jak widzę na tinderze czy innej platformie opis typu “tylko żadnych nudnych ludzi” to uciekam, bo myślę sobie – “e, to ja się nie nadaję, bo ja jestem nudna“. Ale wtedy zatrzymuję się i mówię “ej dziewczyno, spójrz na siebie – zjechałaś już kawał Europy stopem, podróżowałaś po Azji samotnie, lubisz poznawać nowych ludzi i podejmować ryzyko, jeździsz na wakacje z nudystami – gdzie ta nuda???” Pewnie bierze się to z tego, że ja ogólnie jestem introwertyczna, raczej małomówna i wycofująca się, a o osobach nienudnych myślę, że muszą być pełnymi energii duszami towarzystwa. Ale czym właściwie jest nuda? Dla każdego będzie to znaczyło trochę co innego. Ja np. raczej się nie nudzę za często, mimo że nie mam jakiegoś super barwnego życia, wypełnionego różnymi aktywnościami dzień w dzień. Potrafię siedzieć w pokoju, gapić się po ścianach i rozmyślać, i nie nudzę się tym. Podczas gdy sporo ludzi na moim miejscu dostałoby kota od takiego siedzenia i zdefiniowałoby mnie właśnie jako nudną osobę.

Muszę przyznać, że koronawirus bardzo mocno przyczynił się do poprawy mojego stanu psychicznego. Oczywiście swój nieoceniony wkład w to mają też terapia i leki, ale odpoczynek i dystans jakie zyskałam w tym czasie, są naprawdę na wagę złota!! Nuda, która zagościła w mojej codzienności pozwoliła spojrzeć mi na życie z szerszej perspektywy. Uspokoiła mnie. Aktywności, które wcześniej były dla mnie po prostu przykrym obowiązkiem i stratą czasu, stały się rzeczami, które trzeba zrobić, ale wcale nie trzeba przy tym cierpieć.. Mowa głównie o sprzątaniu i innych pracach domowych. Wcześniej, za każdym razem kiedy miałam poodkurzać, tak bardzo cierpiałam, że jestem zmęczona a tu muszę jeszcze marnować mój cenny czas i resztki energii na taką prozaiczną czynność, z której efektu będę się cieszyć zaledwie kilka dni. Teraz odkurzając skupiam się na tym co robię, i robię to spokojnie. Oczywiście bez przesady – dalej nie jest to coś co bym lubiła robić! Ale już nie mam z tym problemu, akceptuję to 🙂

20200429_082336

Stanowisko do pracy zmieniłam w stację do wyciskania soków – teraz codziennie raczę się świeżym sokiem 😀

Biję pokłony kobietom, które na co dzień pracują, ogarniają dom, zajmują się dziećmi i potrafią znaleźć jeszcze czas dla siebie!!!! Nie wiem jak takie osoby dają radę funkcjonować o zdrowych zmysłach i ciele. To jest po prostu niesamowite! Ludzie z dziećmi powinni dostawać wynagrodzenie za zajmowanie się domem i dziećmi, bo to jest ogromna praca. Ja potrafię ledwie za-ak-cep-to-wać obowiązki domowe, nie mając nic innego do roboty, a jakbym miała jeszcze pracować i zajmować się domem, to serio nie wiem jak miałabym to zrobić nie zatracając samej siebie. Oczywiście, to fizycznie jest wykonalne – pamiętam czasy gdy po rozstaniu z Jackiem wpadłam w wir pracy i pracowałam codziennie po 12-17 godzin… Ale na dłuższą metę tak się nie da. Dbanie o siebie i swoje potrzeby powinno być na równi z dbaniem o dzieci, partnera/partnerkę. Co myślę, że w większości polskich rodzin jest nieosiągalne… No ale dobra, to taka mała dygresja na temat do osobnego wpisu.

W porównaniu do np. rodzin z dziećmi, to ja mam teraz wielkie wakacje i luksusy. W końcu mam czas na wszystkie domowe projekty jakie sobie dawno zaplanowałam; w końcu mam porządek w szafach i szufladach; w końcu budzę się kiedy jestem wyspana, a nie od dźwięku budzika; w końcu wróciłam do czytania.. Nie czytałam od kilku dobrych lat, bo mój stan psychiczny i zmęczenie powodowały, że w ogóle nie potrafiłam się skupić na tym co czytam. Nie rozumiałam KILKUKROTNIE przeczytanego zdania, nie docierało do mnie w ogóle. Zatem zaprzestałam czytania z myślą, że coś jest ze mną ewidentnie nie w porządku, że zgłupiałam, że koniec z rozwojem, nie nadaję się. A tu bum! Jednak się nadaję, tylko byłam przebodźcowana.

20200401_094046

Jem…

Udało mi się również nie ulec presji na podejmowanie różnych wyzwań i nowych zobowiązań w czasie kwarantanny. Zaraz po tym jak to się zaczęło, zostaliśmy zasypani najróżniejszymi pomysłami na to jak wypełnić sobie czas, jak być zajętym na kwarantannie – upiecz chleb, ćwicz jogę, ucz się języków, zapisz się na kurs on-line… RÓB COŚ, RÓB COŚ, RÓB COŚ!! Nie żebym była temu przeciwna, z niektórych pomysłów sama skorzystałam, jednak uważam, że wszystko co robimy powinno być w zgodzie z nami. Robić coś, tylko dlatego, że “przecież trzeba”, albo że wszyscy coś robią, albo żeby nie mieć czasu na nudę, to bezsensowna męka. A ja Wam powiem, że nic nie trzeba!! Jeśli chcesz codziennie ćwiczyć jogę – ćwicz, jeśli nie lubisz niczego ćwiczyć – nie ćwicz! Jeśli chcesz próbować nowych przepisów – próbuj, jeśli nie masz na to ochoty – nie rób tego! Jeśli chcesz podjąć nowe wyzwanie – podejmij je, jeśli nie masz siły na nic nowego – nie rób nic wbrew sobie! To naprawdę jest okej, jeśli potrzebujesz po prostu spać do południa, jeść chipsy i oglądać seriale po nocach. Jeśli czujesz, że na to masz ochotę, że takiego resetu i odpoczynku potrzebujesz – zrób to, bez żadnych niepotrzebnych wyrzutów sumienia.

20200423_170210

…i czytam. A czasami tylko jem!

Twoja produktywność nie jest miarą Twojej wartości! Nie musisz być produktywny/na. Ewentualnie możeszjeśli tego chcesz. Jesteśmy tylko ludźmi, nie jakimiś robotami. Każdy ma inne potrzeby spędzania wolnego czasu i nie nam oceniać czy są one dobre!

Nie mogę powiedzieć, że ja nie odczuwałam tej presji samorozwoju na kwarantannie, bo były takie dni, kiedy czułam się winna, że “nic” nie robię. Jednakże wypróbowałam kilka różnych kwarantannowych aktywności i zostałam tylko z tymi, które mi pasują. I nigdy nie jest tak żebym NIC nie zrobiła. Uwierzcie mi, nie jest możliwe, by w ciągu dnia NIC nie zrobić. A co z wstaniem z łóżka, ubraniem się, przygotowaniem posiłku, załatwieniem obowiązków biznesowych (home office czy inne takie)? Co z umyciem naczyń, wstawieniem prania, zrobieniem zakupów, wyjściem na spacer z psem? Co z utrzymywaniem kontaktu z rodziną/znajomymi? Pewnie teraz przewracacie oczami z myślą “przecież to są normalne codzienne czynności, to się nie liczy”. A nie lepiej gdybyśmy jednak nie pomijali tych wszystkich małych codziennych sukcesów? Nie byłaby to większa motywacja uznać samego siebie zamiast karać?

20200506_133912

Dziękuję, że każdy dzień mogę zaczynać bez pośpiechu. Nigdy wcześniej mi się to nie udawało.

Ja postanowiłam docenić siebie, mimo iż nie jestem typowo produktywna. Robię to na co mam ochotę – działam w zgodzie z samą sobą – w ten sposób wyrażam szacunek do samej siebie. I Wam życzę tego samego – nie bójcie się spełniać swoich potrzeb, odnoście się do samych siebie tak jak byście odnosili się do swoich przyjaciół. To jak myślimy o samych sobie i jak się do siebie odnosimy ma wielkie znaczenie. Szanujcie i troszczcie się o siebie!

 

 

P. S.  Żeby nie było – oczywiście nie cieszę się, że koronawirus zabiera środki do życia, zdrowie i nawet samo życie wielu ludziom, to nie jest fajne ani pozytywne. Ale mi osobiście jeszcze się nie naraził (i oby tak zostało), a można powiedzieć, że uratował mnie od zatracenia się w pracoholizmie i od ciągłego ignorowania rzeczywistości i moich potrzeb…

Niebo Nad Paryżem

IMG_20180223_131523_024

Niebo nad Paryżem 🙂 widok z wieży Monparnasse

Jeden z moich ulubionych filmów, który oglądałam już wiele razy. Przytoczę kawałek recenzji z filmweb:

Cedric Klapisch zabiera nas w podróż po swoim mentalnym Paryżu. Rozpisane na prawie trzydzieści postaci Niebo nad Paryżem nie jest jednak tylko opowieścią o mieście i próbie jego odczarowania, ale staje się uniwersalną przypowieścią o naszej niepełnej egzystencji. 

Ok, może nie rozbijemy banku ze szczęściem, może w skali 1:10 wylądujemy najwyżej w połowie, ale warto zagrać nawet o to. Z pozornych niespełnień może ułożyć się całkiem intensywne życie. Porzućmy Wielkie Plany, bo czekając nieustannie na ich realizację, przemknie nam koło nosa coś, może nie tak efektownego, ale za to w ostatecznym rozrachunku fundamentalnego. Może to i banał – zdaje się mówić Klapisch – ale jesteście pewni, że nie dotyczy i was? 

Za to właśnie lubię ten film. I za ścieżkę dźwiękową, i za montaż, i za aktorów. Jest spokojny, opowiadający o zwykłym życiu, nienachalny, wprowadzający w refleksje.


Niedawno spędziłam niecałe 5 dni w Paryżu. Była to moja trzecia wizyta w tym mieście, ale pierwsza kiedy przyjechałam tam sama. Na wstępie chcę zaznaczyć, że NIE będzie to żaden wpis z kategorii przewodnika podróżniczego, mówiący o tym co warto zwiedzić i zobaczyć z Paryżu. Nie jestem typem osoby, która podróżując zalicza wszystkie must see. Ja sobie cziluje, wdycham miejscowe powietrze, spaceruję, jem i trochę zwiedzam 🙂 Oczywiście będzie trochę wskazówek, które ktoś może w przyszłości wykorzysta, ale nie pretenduję do bycia przykładnym podróżnikiem, więc nie dziwcie się, że mimo 3 wizyt w tym mieście, nie byłam jeszcze na Wieży Eiffla czy w Luwrze! Dzięki takiemu zwiedzaniu zawsze jest po co wrócić 😉

IMG_20180223_135419_592

zaczytana Paryżanka w metrze

Padło na Paryż, bo znalazłam bilety lotnicze za 78zł w dwie strony. Z Gdańska do Paris-Beauvais oddalonego o około 80km od Paryża. W tym zazwyczaj tkwi szkopuł – już wiele razy płaciłam mniej za bilet lotniczy, niż za bilet na bus/pociąg z lotniska do miasta. Tak też było i tym razem. 17 euro za bilet na autobus do miasta, w jedną stronę – dodać do tego około 8zł i mam bilety lotnicze w obie strony… Tak więc postanowiłam przyoszczędzić i z lotniska do miasta pojechać stopem. Poza tym miałam ochotę na przygodę! Lotnisko w Beauvais jest malutkie, więc łatwo się odnaleźć i wydostać z niego na drogę wylotową, a jeszcze nie autostradę. I tak postałam z 10 minut z wystawionym kciukiem i uśmiechem nr 5, i miałam kierowcę do samego Paryża 🙂 Thomas pierwszy raz postanowił podwieźć kogoś na stopa, pracuje w jednej z francuskich radiostacji jako operator techniczny, jego babcia ma na nazwisko Adamek i polskie korzenie, a on jeszcze nigdy nie był w Polsce! Rozmawialiśmy praktycznie całą drogę, dobrze mnie to nastroiło na resztę dnia. W podziękowaniu wręczyłam mu dużą czekoladę Wedla, wymieniliśmy się naszymi insta i już 🙂

20180221_160607.jpg

na tle Paryża 😉

Jeszcze po Azji mam uraz do hosteli i współdzielonych pokojów, więc zdecydowałam się na odrobinę luksusu i postanowiłam wynająć sobie samodzielne studio poprzez airbnb. W dogodnej lokalizacji blisko centrum i uważam, że w bardzo dobrej cenie – około 220zł za noc. Po dotarciu do mieszkania, co samo w sobie było ekscytujące (szukanie adresu, potem podążanie za wskazówkami jakie dostałam mailem, wyciąganie klucza z tajemnej skrytki itp.), rozejrzałam się i usiadłam na sofie. Chciałam się skupić i zdefiniować co właśnie w tej chwili czułam. Czułam zadowolenie (z tego, że dotarłam bez problemu), czułam ekscytację (przygodą, czymś nowym) a ponad to, czułam dziwny niepokój, potrzebę rozgoszczenia się, zaznaczenia, że jestem u siebie… Zatem raz, dwa się rozpakowałam – poukładałam ciuchy (niewiele ich miałam) na półkach, rozłożyłam swoje drobiazgi na stoliku nocnym, włączyłam francuską radiostację, podkręciłam ogrzewanie, rozłożyłam sofę do spania, kosmetyki na półce w łazience, otworzyłam wino które na mnie czekało zostawione przez właściciela i usiadłam przy stoliku. Od razu lepiej! Okazało się, że oprócz butelki wina, gospodarz zostawił także czekoladki, sok pomarańczowy, bagietkę, jajka i …uwaga… ziemniaki! Szkoda, że nie cebulę, dla przyjezdnej z Cebulandii 😀 Poza tym w mieszkaniu było sporo przypraw, kawa do ekspresu, kilka różnych herbat, oliwa i takie drobiazgi. Co było fajne, bo bez sensu byłoby mi kupować np. rozmaryn, czy całą butlę oliwy i potem ją zostawiać (miałam tylko bagaż podręczny). Był już późny wieczór, więc zdecydowałam, że pójdę tylko na małe zwiady okolicy i na zakupy do carrefoura 🙂

20180219_225059

Następnego dnia zanim się wyspałam i wyszykowałam było już po 14tej… Ruszyłam w miasto i chodziłam po nim do wieczora. Byłam na Montmartre, obeszłam dookoła bazylikę Sacre Coeur, cykałam dużo zdjęć klimatycznym uliczkom i wyobrażałam sobie jak w Belle Epoque chadzali nimi artyści, tacy jak Monet, Renoir, van Gogh, czy Picasso! Wieczorem pojechałam do Chinatown, bo tam mieszkał Reda – couchsurfer, który zaprosił mnie do sobie na kolację. Zanim wyruszyłam do Paryża, napisałam publiczną notatkę na couchsurfing.org, że przyjeżdżam i chętnie spotkam się z jakimś lokalsem by zjeść coś typowo francuskiego i pogadać.20180220_200230

Zrobiliśmy i zjedliśmy Quiche Lorraine – placek lotaryński. Było smaczne, ale nie zwaliło mnie z nóg. Kolacja przebiegła w miłej atmosferze, jednakże Reda chyba wyobrażał sobie, że to będzie randka… I nie miałabym nic przeciwko gdyby chociaż posprzątał ten swój strasznie zabałaganiony akademicki pokój, zadbał o nastrój i przede wszystkim, jakby był jakikolwiek flow między nami. A nie było. Brrrrr… Więc zjadłam, pogawędziłam trochę, podziękowałam i wróciłam do siebie.

 

Pozostałe dwa dni spędziłam na chodzeniu, chodzeniu i chodzeniu. Na tyle dużo, że pewnego ranka obudziłam się z siniakami w pachwinach, symetrycznie rozmieszczonymi po obu stronach… Nigdy wcześniej takie coś mi się nie przytrafiło! Wyobraźcie sobie jakbym miała faceta i wróciła z samotnej podróży, z siniakami w takim miejscu… I jak tu się wytłumaczyć? 😀

20180220_152204

paryskie dupeczki

20180220_161007

ten motyw pojawiał się bardzo często

20180220_16410320180220_165800Dużo chodziłam, bo pogoda dopisywała, a poza tym moim zdaniem, miasto lepiej się poznaje na pieszo. Wybrałam się na kolejną kolację, tym razem z Nicolasem. Rdzennym Francuzem, z którym spędziłam na tyle przyjemny wieczór, że zaprosiłam go na koncert w filharmonii paryskiej, na który miałam zamiar iść ostatniego wieczora. Ugotował eskalopki z kurczaka w sosie śmietanowo-grzybowym i to było PRZEPYSZNE. Piliśmy francuskie wino i słuchaliśmy kawałków jego rockowego zespołu. Niestety Nicolas, też chyba myślał, że można to spotkanie uznać za randkę. Ale tu wystarczyło mu przedstawić moje zdanie w tym temacie i wszystko było w porządku. W czasie mojego pobytu w Paryżu byłam w trakcie mojego romansu z T. i wtedy niespecjalnie obchodzili mnie inni mężczyźni. Z resztą, dlatego do spotkania kogoś lokalnego użyłam Couchsurfingu zamiast Tindera.

20180221_175726

jak romantycznie!

20180221_190419

Luwr po zmroku

Koncert w filharmonii bardzo mi się podobał. Co jakiś czas chodzę na koncerty do naszej gdańskiej filharmonii i byłam bardzo ciekawa jak to będzie w Paryżu. Nowoczesna, elegancka, ogromna sala w budynku z bardzo ciekawą fasadą. Co mnie zaskoczyło, to ubiór publiczności – ja się stresowałam, że w mojej koszuli i spodniach będę mało elegancka, a tymczasem dużo ludzi przyszło w jeansach i t-shirtach. Czyli podchodzą do tego bardziej na luzie, niż u nas.20180222_202327.jpg

Podsumowując – Paryż jest bardzo fajny i z moim tempem zwiedzania mogłabym tu siedzieć miesiąc i nie widzieć wszystkiego 😀 Swoją drogą, chciałabym mieć okazję do pomieszkania po kilka miesięcy w różnych miastach, po to by poznać jak się w nich żyje. Idealnie byłoby mieć mieszkanie, które bym komuś wynajmowała i miała z tego regularny przychód, mając jednocześnie czas i środki na wyjazdy. Achhh…

 

Smacznego jajka!

Nakarm Mnie

 

IMG_20170923_210523_375

Hiszpański słodki przysmak – churros. Dla mnie trochę za tłuste to ciasto, ale zdjęcie wyszło baaardzo apetycznie 😉

W dzieciństwie byłam okropnym niejadkiem. Dużo szybciej byłoby wymienić rzeczy które jadłam, niż te których nie jadłam, bo tych było MNÓSTWO. Nigdy nie lubiłam masła ani żadnych tego typu smarowideł na kanapkach i to zostało mi do dziś. Dla mnie sztandarowym dodatkiem do chleba była krakowska sucha na suchym chlebie – apropo – zawsze bardzo irytowało mnie nazywanie chleba bez masła suchym chlebem! Dla mnie suchy, to jest stary, kilkudniowy chleb!! I w tym przypadku dużo bliżej mi do Włochów czy innych nacji, które wcale tak często nie używają masła i dla których bagietka z szynką nie jest uznawana za suchą tylko dlatego, że jest pozbawiona masła!

IMG_20170921_124911_376

pyszna, bez masła

No i plus z tego taki, że wzrost ceny masła nijak na mnie nie wpłynął, wszak obecnie masła używam tylko sporadycznie do jajecznicy lub tostów 😉

 

20170323_165727.jpg

uczta w Oliwie Do Ognia

Pamiętam jak prawdziwy szok wzbudzałam gdy na różnych imprezach okazywało się, że nie lubię pizzy.. Znacie jakieś dziecko, które nie lubi pizzy? No właśnie. A tymczasem, ja od najmłodszych lat wprowadzałam trend na foccacie, zjadając same brzegi od pizzy 😉 Teraz oczywiście uwielbiam całą pizzę, szczególnie włoską.


W wieku mniej więcej 18 lat z pobudek moralnych zostałam wegetarianką, co było dość dużym wyczynem, ponieważ do owego czasu moja dieta była bardzo bogata w mięso. Nauczyłam się wtedy jeść sery (ale twaróg* jest dla mnie nie do przełknięcia nadal), dużo więcej warzyw, takich jak pomidor, kalafior, brokuł, cebula (surowej nie lubię w dalszym ciągu), więcej kasz i roślin strączkowych (wiadomo, że soja i inne takie, to chleb powszedni wielu wegetarian). Na tej diecie przytyłam klika kilo, ale czułam się dobrze na duchu. Jednak po niecałych 4 latach skapitulowałam, moja hedonistyczna natura wygrała – lubię smak mięsa. Dalej uważam, że zwierzęta w hodowlach i rzeźniach są bestialsko traktowane i staram się nie jeść ich dużo, kupować jajka z małych wiejskich gospodarstw lub te z ekologicznych wolnych wybiegów i nie nosić wyrobów z prawdziwych skór. I dzięki temu, że w okresie wegetarianizmu polubiłam wiele innych produktów, teraz jest mi łatwiej ograniczyć spożywanie mięsa. Gorzej ze słodyczami i chipsami po nocach ;D

20161128_153108.jpg

Kit Kat o smaku zielonej herbaty – nie polecam

To jest moja prawdziwa zmora – nocne podjadanie. Budzę się właściwie bez powodu i stwierdzam, że jak coś sobie zjem, to mi się lepiej zaśnie (lubię chodzić spać najedzona). No i tak robię. Próbowałam mieć zawsze coś do picia przy łóżku, ale to nie wystarcza – wstaję i idę do lodówki albo do mojego pudełka szczęścia i wygrzebuję jakieś smakołyki. Dotychczas jedynym skutecznym sposobem na niepodjadanie w nocy jest dla mnie spanie z kimś. A to dlatego, że kiedy śpię z kimś, głupio tak wstać i coś przeżuwać – nie daj Boże by się ten ktoś obudził i zobaczył zaspaną Konę jedzącą czekoladę, HAHAHA – ratunku!

Lubię cieszyć się jedzeniem. Za każdym razem gdy gdzieś jadę, staram się jeść jak najwięcej regionalnych produktów i dań. Mam jednak pewne granice – w Azji nie spróbowałam żadnych owadów, gadów lub płazów, mimo że była okazja do zjedzenia świerszczy, pająków, skorpionów, psów, żab, czy węży. Nie mówię, że nigdy nie spróbuję, bo nigdy nie mów nigdy ale w tym momencie nie jestem na tym etapie.

IMG_20161211_143008

nasz kierowca zaprosił nas i kilku innych kierowców na przepyszną kolację – w trakcie stopowania po Wietnamie, grudzień 2016

Wiem, że żadnej Ameryki nie odkrywam mówiąc, że jedzenie daje przyjemność. Nie od dziś wiadomo, że jemy nie tylko po to by zaspokajać głód i potrzeby naszego organizmu, ale jemy też bardzo dużo i często, po to, by poczuć płynącą z tego przyjemność.. Nieraz prowadzi to do niezdrowej otyłości i innych chorób, ale dopóki jesteśmy po bezpiecznej stronie – delektujmy się!

Niespełna rok temu, podjęłam się 7-dniowej głodówki. Tak. Ta, która tak lubi jeść. Przez 7 dni NIC nie jadła. Moja bliska koleżanka opowiadała mi o możliwych zbawiennych skutkach takiej głodówki, sama ją kilka razy przeprowadzała, więc i ja postanowiłam spróbować. Trochę z ciekawości jak to przetrwam, trochę z nadzieją, że taki detoks poprawi stan mojej cery. Z założenia miało to być 10 dni o samej wodzie z cytryną i 10 dni wychodzenia z głodu powoli włączając różne produkty do diety. Cały proces miał więc zająć 20 dni. Ja poddałam się po 7 dniach niejedzenia, wychodziłam z głodu też 7 dni. I nie skróciłam tej głodówki dlatego, że czułam się głodna (po 3 dniach przestałam odczuwać głód fizyczny), tylko dlatego, że już tak bardzo chciałam poczuć tę przyjemność z jedzenia, z odczuwania smaków. Przeglądałam fejsa i nie mogłam patrzeć na te wszystkie przepysznie wyglądające przepisy. Oglądałam film, gdzie jeden z bohaterów niósł torbę z zakupami, z której wystawało mu kawałek bagietki – nie mogłam przestać myśleć o tym jaka ta bagietka musi być smacznaaaaaaaaaa. Wchodziłam do kuchni i widziałam np. słoik ogórków na blacie – jakąż gamę smaków muszą mieć te ogórki, mmmmmmmmm… Tak więc głodówka zmęczyła mnie bardziej psychicznie niż fizycznie. Ale za to jest dużo czasu na oglądanie filmów, spacery, czytanie i inne mało męczące fizycznie aktywności. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, że tyle czasu ucieka nam na zakupy, przygotowywanie i spożywanie, dopóki nie spróbowałam głodówki. Podsumowując – było to ciekawe doświadczenie, nie żałuję, że się podjęłam i może kiedyś powtórzę, ale to chyba najlepiej odcięta od świata, skupiając się na medytacjach 😀


* Twaróg. Muszę przytoczyć tą historię 😀

Jak już wspomniałam, jako dziecko byłam super niejadkiem. Nie lubiłam żadnego nabiału, oprócz mleka z kakao i jogurtów owocowych. Gdy miałam 5 lat Mama chciała mnie przekonać do twarogu i pewnego razu po prostu kazała mi go spróbować. Ja z wielkim bólem spróbowałam i starając się niczego nie przeżuwać przełknęłam ten straszny kęs. Po czym z grymasem sięgnęłam po wiszącą nieopodal ściereczkę kuchenną, wystawiłam cały język na wierzch i zaczęłam wycierać z niego ślady twarogu, tą ścierką. Mamę to tak rozczuliło, że od wtedy postanowiła nigdy więcej nie zmuszać mnie do jedzenia. Do dziś pamięta tą sytuację i wspomina mając żal do siebie. Ja żadnego żalu absolutnie nie mam i śmieję się z tego, aczkolwiek pamiętam, że jak byłam mała, było to dla mnie wielkim stresem gdy musiałam zjeść coś czego nie lubiłam. I wiem, że jeśli kiedyś miałabym dzieci, nigdy nie będę ich zmuszała do jedzenia.

Nadal nie lubię twarogu, może nie aż tak by wycierać sobie po nim język kuchenną ścierką, ale nie lubię. No chyba że na słodko, mocno słodko. Ostatnio jadłam twaróg w czerwcu, gdy poznałam P. Po wspólnej nocy przygotował śniadanie, na które podał bułki z twarogiem i innymi dodatkami.. Żebyście wiedzieli co działo się w mojej głowie, kiedy to zobaczyłam! Zalała mnie fala gorąca, że będę musiała to zjeść, bo nie chciałam mu sprawiać przykrości. W końcu postarał się i zrobił śniadanie, a że mnie nie znał, to nie wiedział, że nie lubię twarogu… To doświadczenie nauczyło mnie najpierw pytać ludzi, czy jest coś czego nie lubią, zanim postanowię sprawić im przyjemność jakimś posiłkiem 😉 Taka dygresja do twarogowej historii z dzieciństwa.

IMG_20170401_192508_679

kanapka z serkiem typu philadelphia i dżemem pomidorowym – ciekawa sprawa

Na codzień nie jem śniadań, bo spanie jest dla mnie ważniejsze. Ale dzięki temu, jak już jem śniadanie, jest to coś godnego celebracji. A jak jeszcze ktoś przygotuje je dla mnie, jest smaczne i jemy je razem, to już w ogóle radość ponad miarę! Lubię jeść z kimś, wtedy zawsze smakuje lepiej i wtedy bardziej skupiam się na smakach. Jak jem sama, często jest to w pośpiechu, bez chwili na porządne przeżucie i kontemplacje.

Nie jestem mistrzynią kuchni, jak ktoś miał okazję mnie odwiedzić, wie że nie mam warunków sprzyjających beztroskiemu pichceniu…

20170305_171858.jpg

Damiano jakoś się odnalazł z mojej kuchni 😀

Jednakże staram się od czasu do czasu przygotować coś smacznego i sprawia mi to radość. Choć chyba większą radość sprawia mi dobrze gotujący facet. Facet przy garach, skupiony na dodawaniu poszczególnych składników, mieszając je na patelni niczym artysta mieszający farby na płótnie ;D Dogadałabym się z takim – on gotuje, razem jemy, ja zmywam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

…ah ci Włosi i te ich makarony…